Za chlebem

 

W ostatnich dniach media doniosły o ujawnieniu na południu Włoch obozów, w których przymuszano polskich emigrantów zarobkowych do niewolniczej pracy.

Informacje są skąpe, czasem sprzeczne, bez wątpienia też udramatyzowane przez dziennikarzy, by lepiej się sprzedawały.

Pewne fakty są jednakowoż niepodważalne.

W XXI wieku, w Europie, można zostać zniewolonym, siłą i grożbami, do darmowej pracy; nie mieć żadnych praw.

Szokujące.

Ale tylko na pierwszy rzut oka, ze złudnej perspektywy dzisiejszego europejskiego zaścianka.

Poza nim, w świecie niewolnictwo, choć oficjalnie zakazane i ścigane, nieoficjalnie istnieje; zawoalowane, tolerowane jest w Azji, Afryce, Ameryce Południowej.

W samej Europie w nie tak znowu odległej przeszłości handel ludżmi uprawiany był na wielką skalę i przynosił ogromne dochody.

Naturalnie nie było targów niewolników, jak w starożytności, ale skutki tego procederu okazywały się takie same.

Na przełomie XIX i XX stulecia Europa Środkowa i Wschodnia doświadczyła na skalę dotychczas niespotykaną masowego exodusu jej mieszkańców do Europy Zachodniej i obu Ameryk w poszukiwaniu lepszego życia.

Szlak tej wielkiej fali emigracji zarobkowej, na stałe lub sezonowej, wiódł przez Kraków.

Setki tysięcy ludzi z Galicji i Kongresówki przez nasze miasto i dalej przez graniczne Mysłowice i Oświęcim wędrowały do portów Morza Północnego: Bremy, Hamburga, Antwerpii i Rotterdamu albo na południe, do Triestu czy Fiume (dzisiejsze Rijeki), by na pokładach parowców odpłynąć za chlebem do USA, Kanady czy egzotycznej Brazylii.

Druga nie mniejsza fala co roku wiosną ruszała ''na saksy'', do fabryk i rolniczych farm w Niemczech, Danii, Francji, Holandii i Szwajcarii.

To była najczęściej ludzka nędza, z zapadłej głuchej prowincji, analfabeci, których doświadczenie życiowe i wiedza o świecie ograniczały się do rodzinnych wsi, odległych od cywilizacji o lata świetlne.

Można im było wmówić wszystko, oszukać, okraść, nawet ich - nieświadomych własnego losu - sprzedać.

I tak się właśnie działo.

Władze Austro - Węgier tolerowały emigrację, były nawet jej do pewnego stopnia przychylne.

Emigracja rozgrzeszała bezczynność wobec już przysłowiowej ''galicyjskiej nędzy''; wielu emigrantów przysyłało do rodzinnego kraju pieniądze; część, gdy im się powiodło, wracała z groszem do domu.

Ck monarchia nie broniła więc swym obywatelom szukać szczęścia za oceanem, zadbała tylko, by wszystko odbywało się w sposób w miarę cywilizowany.

Objęła więc cały proceder emigracji systemem koncesji i formalnie go nadzorowała, by zapobiegać rozmaitym nadużyciom.

Rzeczywistość była zupełnie inna, zdecydowanie w ciemnych barwach.

Emigrantów werbowały dziesiątki - działających oficjalnie, półoficjalnie i całkowicie nielegalnie - biur emigracyjnych z doskonale zorganizowanymi siatkami naganiaczy.

Współpracowały one skrycie z towarzystwami okrętowymi i siecią agentów, odbiorców ''towaru'' po drugiej stronie.

Wszyscy zarabiali na tym procederze i to bardzo dobrze, kosztem swych klientów.

Jak - o tym można się dowiedzieć z lektury prasy z tej epoki, z licznych broszur ogłaszanych przez działaczy społecznych i publicystów, którzy starali się temu - daremnie - przeciwstawiać, służyć wychodżcom radą i pomocą.

Jak naprawdę działa ''przemysł emigracyjny'', było więc tajemnicą poliszynela.

Jedynymi, którzy nie dostrzegali tej rzeczywistości, były władze państwowe.

Ale do czasu.

Do krytycznego roku 1913, kiedy to do ministeriów wiedeńskich dotarła brutalna prawda, dramatyczna wobec narastającej grożby wybuchu wojny.

Do ''asenterunku'', czyli, jak wówczas mawiano, poboru do wojska nie stawiło się według nadsyłanych z terenu meldunków blisko sto tysięcy poborowych.

Nie mieli prawa opuścić kraju bez wiedzy i zgody odpowiednich urzędów poświadczających uregulowany stosunek do służby wojskowej, nawiasem mówiąc jedyny warunek stawiany emigrantom przez władze.

Nie mieli prawa wyjechać, ale wyjechali, przedkładając gorzki chleb emigranta nad wątpliwy zaszczyt umierania za Najjaśniejszego Pana.

Obudzona z letargu biurokratyczna machina ck monarchii rozpoczęła energiczne śledztwo.

Już w pierwszej jego fazie aresztowania objęły 300 osób, nici wzajemnych przestępczych powiązań łączyły wszystkie większe miasta monarchii.

Przed samym tylko krakowskim sądem karnym wytoczono prawie 40 procesów.

Do galopu wzięto krakowską policję, która codziennie urządzała naloty na dworzec kolejowy i noclegownie w poszukiwaniu i odławianiu z tłumu emigrantów uciekinierów przed służbą w ck armii.

Do tego czasu zdarzały się nieliczne, lokalne dochodzenia i procesy, których przedmiotem były nadużycia i oszustwa emigracyjne, najczęściej, gdy ekscesy te przekraczały dopuszczalną miarę.

To był wierzchołek góry lodowej, która zaczęła się wyłaniać dopiero, gdy na polecenie władz centralnych rozpoczęto systematyczną kontrolę szlaku emigracyjnego.

Okazał się w istocie wielkim szlakiem przemytu i handlu ludżmi.

Już w roku 1890 głośna była sprawa agencji Klausnera i Hertza działającej w Oświęcimiu.

Jej właściciele przekupili starostę, straż skarbową, urzędników kolejowych i celnych, konduktorów, policję, żandarmerię...

Sprawowali nad przejściem niekwestionowaną, mafijną władzę i łupili emigrantów całkowicie bezkarnie, wymuszając haracze.

Kto stawiał opór, tego, w najlepszym razie, odsyłała usłużna policja do rodzinnej wsi, z którą nierzadko pożegnał się, sprzedając całą ojcowiznę.

Innych wsadzano do aresztu, zdarzały się nagminne wypadki pobicia.

Często emigrantom analfabetom sprzedawano bezwartościowe ulotki reklamowe, jako ''szyfkarty'', czyli bilety na parowiec, o czym nieszczęśnik dowiadywał się dopiero w porcie.

Oszukiwano na wymianie pieniędzy, pobierano nieistniejące opłaty.

Wyjątkową kanalią - figlarzem był ''dyrektor'' tego interesu, niejaki Landerer.

''Aby wyciągnąć chłopu z kieszeni 5 reńskich, nakręcał budzik, twierdząc, iż to telefon do Hamburga i w ten sposób zapytywał, czy jest miejsce na okręcie.

Gdy budzik zadzwonił - znaczy: była odpowiedż, naturalnie pozytywna - za kolejne reńskie budzik nakręcano dla zapytania cesarza amerykańskiego czy chce przyjąć nowych poddanych''.

Potem pojawiał się ktoś przebrany za doktora, dyskwalifikując kandydata na emigranta; zmieniał zdanie, gdy dostał w łapę.

Na koniec wreszcie okazywało się, że do Ameryki nie wpuszczają w sukmanach; ''na szczęście'' opodal był skład gotowych ubrań, gdzie za dopłatą można było zamienić chłopskie przebranie na ''hamerykańskie'' łachy.

Zanim nasz emigrant trafił na graniczną stację, był nęcony w rodzinnej wsi przez pokątnych subagentów: szynkarza, pisarza gminnego czy wójta - czego przepisy zabraniały.

Dowiadywał się np., że Brazylia jest prowincją austriacką, gdzie panuje arcyksiążę Rudolf (zresztą wówczas, w 1890 r. już nieboszczyk) i że rosną tam drzewa mleczne, które wystarczy naciąć, aby trysnęło świeże mleko, a posługi domowe spełniają za darmo małpy.

Niewiarygodne?

Żart?

Nie, fragment stenogramu z obrad parlamentu wiedeńskiego, interpelacja posła Wielowiejskiego w roku 1896.

Nikt nie liczył i już się nie dowiemy, ilu naiwnych dało się skusić na te brednie, by złożyć swe kości w brazylijskiej dżungli, na plantacjach, gdzie de facto trafili jako niewolnicy, bo jechali często na kredyt; na miejscu mieli odpracować koszty podróży.

Przepadli bez wieści w koszmarnym tropikalnym klimacie.

A w ich imieniu, jak to im się jakoby świetnie wiedzie, pisali listy rzekomo z Ameryki urzędnicy agenta, przy swoich biurkach, w kantorach Hamburga czy Rotterdamu.

Kto dotarł już do portu, wpadał tam w szpony następnych emigracyjnych hien z licznych towarzystw okrętowych.

Po ujawnieniu afery władze austriackie dobrały się do skóry dwóm: Canadian Pacific i Austro - Americana, ale głównie dlatego, że mogły dosięgnąć ich na terytorium swojej jurysdykcji.

Dyrektorów i agentów aresztowano.

Ale reszta towarzystw żeglugowych wcale nie była lepsza, uprawiała dokładnie takie same praktyki.

Warunki, w jakich przewożono pasażerów emigrantów, budzą grozę.

Oto relacja emigrantki zamieszczona w ''Głosie Narodu'' w roku 1911: ''(...) dano mi kajutę III klasy, w której mieściło się 6 łóżek.

(...) chłopi z rodzinami jechali umieszczeni we wspólnej wielkiej przestrzeni, gdzie stały gęsto łóżka, a w środku pozostawało wąziutkie przejście.

Było ich tam 800 - 900.

Kajuty brudne, ciemne, nieogrzewane, na podłogach zawsze brudna woda (...).

Łóżka ustawione jedne nad drugimi, na nich brudne wory wypchane nierówno słomą (...).

Do przykrycia służy kawałek brudnego barchanu.

(...) Umywalnie są osobno, ale jakie tam niechlujstwo i smród, to opisać trudno.

W tych samych bowiem korytach myją (?) się ludzie, piorą bieliznę i pieluchy, a również czyszczą (?) naczynia kuchenne.

Brudna woda niewypuszczona stoi całymi dniami w tych korytach (...).

Wszędzie straszny smród i zaduch, gdyż choroba morska powoduje wymioty, a nie ma żadnych naczyń na ten cel, lecz wszyscy wymiotują na podłogę, która ledwie raz na dzień jest czyszczona''.

Czytelników prasy galicyjskiej zapewne to szokowało.

Emigrantów chyba nie, przywykli do takich warunków w drodze do portów.

Oto kolejny fragment, reportażu z ''Dziennika Berlińskiego'' z 1913 roku, opis przytułku nocnego w Wiedniu, dającego schronienie wiezionym przez kompanię przewozową emigrantom: ''leżą pokotem na ziemi, pokrytej grubą warstwą błota, gnoju, plwocin i wydzielin ludzkich''.

Naturalnie dyrektorzy Austro - Americany stanęli przed sądem nie za takie traktowanie ludzi.

Ck wymiar sprawiedliwości interesowało jedynie to, iż byli ślepi i głusi, gdy poborowi przemykali na pokład z fałszywymi dokumentami - te fałszerstwa to jeszcze jedna odnoga tej gigantycznej afery, emigracyjnej ośmiornicy - i nierzadko w... przebraniu.

Niektórzy agenci biur emigracyjnych utrzymywali rekwizytornie i charakteryzatornie, gdzie można było się przebrać i postarzeć stosownie do posiadanych lewych dokumentów, nawet zmienić płeć.

Wobec obojętności lub bezsilności władz, patologii ''emigracyjnego galicyjskiego bagna'' zaczęły przeciwdziałać instytucje społeczne.

We Lwowie powstało Polskie Towarzystwo Emigracyjne, które z czasem przeniosło się do Krakowa; miało swoją siedzibę przy ul. Radziwiłłowskiej.

Działało z podobnych pobudek ''Stowarzyszenie św. Rafała'' czy Towarzystwo ''Opatrzność''.

Ale aktywiści tych organizacji nie tylko pomagali emigrantom, służąc radą i pomocą prawną, organizując odczyty, prowadząc schroniska; także prowadzili przy okazji, pod tymi szyldami, własne przedsiębiorstwa wychodżcze.

Założyciel PTE Józef Okołowicz był np. gorącym agitatorem na rzecz polskiego osadnictwa w Paranie.

Wchodził w drogę innym naganiaczom.

Konkurencja ta owocowała lawiną wzajemnych pomówień i oszczerstw, a w ślad za tym licznymi procesami, podczas których nie szczędzono sobie wzajemnych donosów i inwektyw.

Głośnym echem w Krakowie i Galicji odbił się proces, jaki Okołowiczowi o oszczerstwa wytoczył były dyrektor ''Towarzystwa św. Rafała'', poseł do parlamentu wiedeńskiego, ksiądz Szponder.

Okołowicz wprawdzie proces wygrał, a ks. Szponder zyskał opinię człowieka który ''zwykły geszeft osłania obłudnie maską religijnej filantropii'', ale przy okazji ujawniło się na sali sądowej wiele niewygodnych, tak dla oskarżonego, jak i oskarżyciela, faktów.

Obie strony wolałyby zachować je w ukryciu.

W 1913 roku ck Temida pogodziła obu.

Gdy wybuchła ''afera asenterunkowa'', ks. Szponder został aresztowany, wszczęto także śledztwo i wytoczono proces działaczom PTE.

Większość procesów związanych z tą aferą nie zdążyła zakończyć się wyrokiem przed finałem wielkiej wojny.

Pozostały w spadku, jak wiele innych spraw sądowych, wymiarowi sprawiedliwości odrodzonej Rzeczypospolitej.

Polskie sądy skazywały emigracyjnych pośredników za oszustwa, sprawy o przekroczenie austriackiej ustawy wojskowej umarzano.

Wszystkie procesy toczyły się według praw i procedur nieboszczki monarchii.

Ale pospolite, kryminalne sprawki karano jako naganne w każdym miejscu i czasie.

Pomoc w unikaniu służby wojskowej traktowano jako sui generis akt patriotyczny.

W końcu, choć niekoniecznie ze szlachetnych pobudek, uratowano tysiące młodych ludzi z rzeżni, w jaką posłał swych poddanych zdemenciały Franz Josepf i jego generałowie.

Tekst: Jan Rogóż
Źródło: ''Dziennik Polski'' z dnia 30 lipca 2006 r.

Zobacz Także

blog You tube facebook Twitter Google +

Kontakt

Forty CK Adam Kurelewicz
E-mail: fortyck@fortyck.pl

Fortyck.pl